Strona korzysta z plików cookie zgodnie z info.

REMEMBER - jest opcja zmiany ustawien przegladarki :D

The Valley of Oblivion Strona Główna The Valley of Oblivion
The Soundrops official forum

FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy
RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj

Poprzedni temat «» Następny temat
Gero 40/40
Autor Wiadomość
Lodge 
pastoral rocker


Dołączył: 18 Sty 2011
Posty: 2602
Skąd: ęsowany
Wysłany: 2016-07-08, 09:53   

gero 35/40 - The Kinks

Po przerwie związanej z różnorakimy napięciami (prywatnymi, nie posłowi!) wracam by zakończyć ów świetlany cylk. Dzisiaj zespół, który był ze mną od zawsze, choć na drugim planie, może dlatego, że raczej nie grał muzyki "ładnej", tylko programowo surową/poszarpaną/niedorobioną, no i wokaliści rzadko pokuszali się o sięgnięcie po trójgłos (mimo, że gdy się udawało - Plastic Man, Driving - miało to mocny wydźwięk). A jednak przez lata nabudował mi się dla nich wielki szacunek, chyba najbardziej za to co udało im się upichcić poza głównymi nurtami rażenia (czyli najpierw proto hard-rockiem, a potem proto-brit-popem, skończywszy na proto-kole, uu żarcik). Po pierwsze zatem muszę wspomnieć o przecudnej urody utworze See My Friends, który raz rozbłysł mi w głowie przy wyjściu z lasu w Górach Orlickich nad Dusznikami na polanę, powodując lekką epifanię i odblaszczając powiew raju - a mówiąc po tylko-rockowemu: bardzo dobry utwór proto-psychodeliczny. Ważnym utworem jest dla mnie także Days, który sprawdził się wiele razy w mordzie Yours Truly'ego, przy okazji różnych Akademii na koniec roku, re-unionów i innych pożegnań - bo ten utwór to piękny przykład niegroźnej, bezceremonialnej i bezpretensjonalnej nostalgii. O właśnie, mimo wszystkich swoich wewnętrznych konfliktów, to był bardzo ZDROWY zespół.

Piszę o The Kinks pod koniec 40/40, bo we wrześniu zeszłego roku miałem możliwość odwiedzić Adama w Twickenham, London. Tym razem uparłem się, żeby odwiedzać miejsca jak najbardziej oddalone od dusznego (choć nie zdrój) dla mnie centrum i jeżdżąc i trekkując po obrzeżach napatrzyłem się do cna na tzw. Village Green, której koncept Adam mi dogłębnie wyjaśnił. Łatwo wrócił mi zatem zachwyt nad wspaniałą płytą "Village Green Preservation Society", bo na własne oczy zobaczyłem co oni tak naprawdę chcieli zachować i w całej tej swojej angielskości, padło to bardzo blisko moich pastoralnych przestrzeni. Dołączam do Towarzystwa - ramię w ramię, pim pim pim!

Village Green Preservation Society (Live)
_________________
znów się będą rozbierać
Miss Natura wybierać
 
 
Lodge 
pastoral rocker


Dołączył: 18 Sty 2011
Posty: 2602
Skąd: ęsowany
Wysłany: 2016-07-09, 14:21   

gero 36/40 - Acid Drinkers

Acidów poznawałem niejako "do tyłu", jako że tak powiem odnogę Litzy, gdy ów już zdążył odejść z zespołu. Oczywiście od razu kupiłem zawadiacko-poznańskie podejście do rzeczywistości, gorzej było z samą muzyką, no bo w zakutym mym łbie nie mogło się pomieścić to, że jakiekolwiek melodie i harmonie ukryte były w gitarach, a nie w wokalu. Jako człowiek z zupełnie innej bajki, doceniłem po prostu kunszt instrumentalistów, pomysł na siebie i zawoalowaną erudycję - to i tak dużo.

Album High Proof Cosmic Milk przy pierwszym przesłuchaniu (gdzieś tak 2001) nie spodobał mi się w ogóle, choć dalekie dźwięki gitary akustycznej z Human Bazooka i towarzyszące jej obrazy niespokojnego wschodzącego słońca z dokumentu TVP o ostatniej trasie Acid z Litzą gdzieś tam błyskały w tle głowy. Jakoś na wysokości roku 2008 zrobił się jednak z tego ulubiony album Acid, a na przełomie roku 2015/16 - jedna z ulubionych płyt w ogóle.

Akurat w tamtym czasie runęły u mnie ostatnie ostoje bezpiecznej niedorosłej ułudy i w nawale ciemności niełatwo było znaleźć oddech (nie mówiąc już o pocieszeniu) w jakiejkolwiek muzyce. Ten album bardzo mi wtedy pomógł zapewne przez swoją absolutną osobność. Na szczęście wtedy nie znałem albumu "Roots" Sepultury, więc wszelkie patenty jakie od nich sobie Litza pożyczył, na mnie robiły wrażenie mega oryginalnych, zresztą i dziś nie zgadzam się z zarzutami o jakimś ordynarnym kopiowaniu. Mniejsza z tym, w zestawieniu z Hollies i Herman's Hermits TA muzyka robiła na mnie jakieś totalne wrażenie, z jednej strony hipnotyzowała i łagodziła ataki rzeczywistości, z drugiej - nie było w niej nic niezdrowego, mieniła się kolorami, tętniła życiem (MORE LIFE) i zapraszała do podjęcia walki. Bardzo mi odpowiadała z jednej strony konsekwentna jednorodność brzmieniowa i jednolity TON całości (nie miałem wtedy ochoty na żadne acidowe żarciki), z drugiej strony - absolutna nieprzewidywalność samych kompozycji, przejawiająca się w radykalnym odejściu od schematów formy piosenkowej, tego jak "miałaby" wyglądać tradycyjna solówka czy zaśpiew. Może poza końcowym Gain On !@#$%^&*, właściwie od początku do końca ta płyta nie ma dla mnie słabego momentu, wysilone i obłożone tysiącem efektów partie Titusa absolutnie mnie powalają, a sok z nisko strojonych gitar każdorazowo odświeża. Jeśli miałbym coś wyróżnić, to oczywiście numer tytułowy z cudowną dygresją a la 'Marana Tha', ale też wspomnianą Bazookę z niesamowitą codą na jak mniemam gitarę akustyczną Litzy i "gitarę glissową" (hehe) Popkorna. Kto by pomyślał, że w wieku 39 lat, po nabraniu takiej wprawy w listowym odrzucaniu co gorszych kawałków płyt i odchudzaniu tracklist, będę miał taką satysfakcję przy odsłuchu CAŁEGO albumu. Wielkie dzięki, Robert :)

Human Bazooka
_________________
znów się będą rozbierać
Miss Natura wybierać
 
 
Crazy


Dołączył: 14 Lut 2011
Posty: 1721
Wysłany: 2016-07-12, 10:52   

Bardzo sie ciesze, ze ten wontek wrocil! Mam plan na te wakacje, zeby potem przeczytac od nowa wszystkie 40 i posluchac wszystkich linkow. Chocby taki live Village Green!
A potem zrobic z nich liste, hu hu! :D
 
 
Lodge 
pastoral rocker


Dołączył: 18 Sty 2011
Posty: 2602
Skąd: ęsowany
Wysłany: 2016-07-18, 15:17   

gero 37/40 - The Searchers

Kolejny zespół - życióffka, są ze mną od piątej klasy podstawówki, kiedy nagrałem sobie z radia kilka przebojów na kasetę magnetofonową. (Spowodowało to zresztą mój pierwszy w życiu konflikt "obiektywistyczny": w następnym tygodniu w tej samej audycji leciał zespół Yardbirds i Ojo chciał, żeby TO nagrać, ja mówię, że nie mam miejsca, bo tu Searchers już są, a Ojo: "ten numer [Still I'm Sad] jest lepszy niż jakakolwiek piosenka Searchers" - ale ja się nie dałem!)

Ale przez długi czas miałem ich za trzeciorzędny zespół szeździesiony, do momentu gdy - na wysokości studnióffki - na jakiejś dziwnej składance u koleżanki Agaty Z. odkryłem piosenkę Goodbye My Love opartą na tak rozbuchanych melizmatach, że nawet ja się zastanawiałem czy tak MOŻNA, ale numer mną bardzo wstrząsnął, zresztą sam wtedy musiałem się z jedną pożegnać - w swoim pamiętniku zrobiłem gruntowną analizę tej piosenki niczym na polskim, hehe...

Powiedzmy do roku 2010 nigdy nie widziałem żadnej płyty Searchers w polskim sklepie, serio. Na szczęście najpierw w sukurs przyszedł mieszkający wtedy w Anglii KTWSG, od którego przyszła bardzo miła składanka (ukłony), aż w końcu kupiłem sobie całą dyskografię (z okresu Pye-owego) przez internet. Zespół przeszedł do drugiej ligi i tam sobie schludnie brzęczał, aż tu nagle WTEM!BUM! w tym roku jakoś tak trzasnął, że aż musiałem o nich napisać summę dyskograficzną dla magazynu Lizard ;) Nie wiem czy to przejaw zdziecinnienia czy dojrzałości, ale jakoś te nadspodziewanie wysmukłe dźwięka zaczęły mnie niefrasobliwie omotywać. Najtrudniej było mi się pogodzić z tym, że te wszystkie piosenki są w ogólnej rozrachunkowości tak bardzo błahe, ale w końcu nie każdy musi przez cały czas rozdzierać serca, może niektórzy są od tego by je bezpretensjonalnie i bez historii zaszywać. Taka schludna muzyka po nic, rozrywka, która nic nie rozrywa, ale jednak gdzieś tam ukrywa jakieś drugie dno...

Goodbye My Love
_________________
znów się będą rozbierać
Miss Natura wybierać
 
 
Lodge 
pastoral rocker


Dołączył: 18 Sty 2011
Posty: 2602
Skąd: ęsowany
Wysłany: 2016-07-19, 10:00   

gero 38/40 - niemiła niespodzianka ;)

Dzisiejszy wpis będzie być może najciekawszy – ten trzydziesty ósmy slot był dla mnie przez długi czas niemałym wyzwaniem (ostatnie dwa były od dawna wiadome).

Najpierw wypiszę wykonawców, których z różnych powodów nie zdecydowałem się wstawić do tego zestawienia, co niekoniecznie znaczy, że wszyscy oni są poza moją Top40. A zatem specjalne podziękowania dla następujących (wszyscy byli brani pod uwagę i kolejność ma znaczenie): 2TM2,3, Syd Barrett, Roy Wood, Rolling Stones, Queen, Tim Buckley, Jeff Buckley, Antonina Krzysztoń, Glen Hansard, Everly Brothers, Marek Grechuta, Freddie & the Dreamers oraz Spirit of 84. Niniejszy wybór zapewne wielu stałych trzytelników cyklu mocno zniesmaczy, ale przekroczenie 40-tki ma dla mnie i tę fortunną stronę, że wreszcie trochę skarlał parszywy demon o nazwie Cosobiepomyślą. Otóż dzisiaj będzie o grupie Stare Dobre Małżeństwo.

Oczywiście nie udało mi się uciec przed „toczy-toczy-swój-garb-uroczy” ani przed „tylu-tylu-tylu” nawet w liceum, gdy programowo nie słuchałem polskiej muzyki. Z jednej strony aż wzdrygałem się przed tymi rzewnościami, z drugiej – jako że zazwyczaj słuchałem tych piosenek z drugiej ręki - wbrew mojej woli te czasem kulawe wykonania (wiadomo: ogniska, pociągi, namioty…) ułożyły się w całkiem miłe wspomnienia (Ewa P. śpiewa na campingu w Rzymie…) No i do dziś zdarza się usłyszeć kogoś z gitarą, kto to wykonuje, zawsze chętnie słucham (zdaje się, że ten jedyny raz kiedy widziałem jak Elsea gra na gitarze (na Poddaszu!), to też był „Jak", czyż nie?)

Czasem dochodziły też do mnie oryginały – po jakiejś imprezie w liceum puszczano koncertówkę SDM i przed rzeczonym „nowy dzień wstaje” zespół grał strzępki szlagierów typu Smoke On the Water, że niby ten ich numer jest takim samym evergreenem, ależ to mnie ubodło, hehe! Ale raz w Radiu S (dziś to nie do pomyślenia) poleciał numer „Zdziwiona” i to nie było wcale takie odlegle od Triangelsów, zadziwiło mnie… No i potem była Koleż-anka o wodnym przezwisku, która była fanką i przymusiła mnie do odsłuchania jednej płyty, zgrzytałem zęboma ale nie przy wszystkich numerach. Potem długo ją nakłuwałem śpiewając „dobrze że wróciłaś, kwiaty w wagonie…” uu żarcik

W solidnym jak mi się wtedy wydawało wieku 30+ nadeszły pierwsze jak mi się wtedy wydawało ciemności egzystencjalne i po jakimś szczególnie szaroburym grudniowym dniu poleciałem do Empiku, żeby kupić sobie jakąś ich płytę, na fali nostalgii za rozsłonecznionymi szlakami górskimi i owszem za Koleż-anką o wodnym przezwisku. Natrafiłem na tytuł „Jednoczas” i z płytą pod pachą zadowolony wróciłem do akademicka. I tu dość szczena mi dość mocno opadła… Bo zamiast puchatych kojących wersów Ziemianina o kamytrzkach przydrożnych, przydrożnych kamytrzkach natrafiłem na skądinąd doskonały numer pt. Jak daleko do Jeruzalem, mówiący o koronie cierniowej, pobiciu pałką, rozczarowaniu niemocą Boga i czekaniu na rynku na to, żeby w takim razie szatan się nami zajął. Tak już zostało do końca płyty - nie przyszło żadne pocieszne pocieszenie oprócz przynaglenia by mimo wszystko wytrwać. Nie to chciałem usłyszeć, ale nie mogłem tego nie docenić.

Teraz wiem, że to była środkowa – najlepsza – część tryptyku opartego na tekstach poety Jana Rybowicza („Dziś kończę 32 lata i jestem zerem. Cześć.”). Mówię, że najlepsza była właśnie płyta „Jednoczas”, bo tam przedostało się najwięcej melodii i tego wcześniejszego soundu (skrzypek Czemplik – bardzo wielka wyobraźnia i gracja, kudos), który – w zestawieniu z tymi posępnymi tekstami – zupełnie nie otulał, tylko nawet dodawał grozy. Ale i na pozostałych dwóch płytach zdarzały się klejnociki, np. tytułowy numer z „Tabletek ze słów”, z przytomną produkcją opartą na subtelnej grze delayami i overdubbami. O właśnie, produkcja… „Jednoczas” wcale nie leży tak daleko od „Luny”…

Żebyśmy się dobrze zrozumieli, nie ma takiej płyty Starego Dobrego Małżeństwa, którą mógłbym w całości połknąć. Wspominam o tym zespole głównie dlatego, że bardzo bardzo podziwiam odwagę Krzysztofa Myszkowskiego. Nie wygląda on na specjalnie sympatyczną osobę, ale ma mój dozgonny szacunek za to, że potrafił – jak sam opowiadał – odejść od łatwizny i rutyny bycia „gwiazdą krainy łagodności”, czego wyrazem było to, że zaczynali koncerty od „cudnych manowców” i wszystko się kręciło w do znudzenia cieplutkim samograju. Za prawdę poszukiwań artystycznych Myszkowski zapłacił i zantagonizowaniem swojej wiernej publiczności w kraciastych koszulach (byłem na koncercie – widziałem) i rozłamem w zespole, który rozpadł się na dwa nowe (SDM + U studni).

W moim pojęciu i tak było warto. „Cudne manowce” i „bieszczadzkie anioły” wydają się być tymczasowym przystankiem w drodze, bardzo lichym przy nieprzychylnych wiatrach i zwalistych niepomyślnościach. Gdy trwa „Ostatnia bitwa” Lewisa i słychać „der Prozess” Armii, nie da się już ot tak sobie „pójść na wrzosowisko”. Dobrze, że i ten zespół stanął na wysokości zadania i zamiast odcinać kupony od młodości pokazał, że ciemności wieku średniego są naturalnym hm prozessem jakiegoś tam rozwoju. Można się przejrzeć w tych trzech płytach, paradoksalnie: odetchnąć i ruszyć do dalszej walki. Kto wytrwa do końca, będzie zbawiony.

Dzisiejszy numer jest przestrogą najpierw dla mnie, potem dla wszystkich facebookowiczów, foroomowiczów i w końcu – na wiwat - dla tych, którzy i tak tego nie przeczytajo ;)

uu
_________________
znów się będą rozbierać
Miss Natura wybierać
 
 
Stój, Halina!
Wall-R'Us


Dołączył: 08 Cze 2011
Posty: 637
Wysłany: 2016-07-19, 12:01   

Spore zaskoczenie, trzeba przyznać - nigdy tego zespołu nie tykałem, bo kojarzył mi się z głęboką żeną, a to co napisałeś brzmi naprawdę zachęcająco. Numer z uu również !
_________________
When in doubt, relax, turn off your mind, float downstream.

GREETZ FOR THE CROAK'ERS!

 
 
Lodge 
pastoral rocker


Dołączył: 18 Sty 2011
Posty: 2602
Skąd: ęsowany
Wysłany: 2016-07-20, 10:23   

gero 39/40 - Markéta Irglová

Co by tu napisać o ostatnim idolu w życiu? Byłem bardzo dobrym fanboyem, od momentu gdy jej solowa płyta "Anar" olśniła mnie kiedyś w nocy (kiedy byłem złożony jakąś szczególnie kąśliwą grypą i nieszczególnie mogłem oddychać a co dopiero myśleć), poprzez naszą przemiłą korespondencję w priwach na Fejsie, aż po bardzo dobry solowy występ w Poznaniu okraszony ujmującą konferansjerką, która jeszcze raz pokazała mi, że jest rzeczywiście taka jak w swoich piosenkach. Potem ostatni idol w życiu runoł, gdy długo czekałem po koncercie na jakąś rozmowę lub choćby autograf i się nie doczekałem. I bardzo dobrze - już sam fakt, że było to dla mnie nie wiadomo jakie nieszczęście pokazuje jasno, że w moim fandomie było coś bardzo niedomowego i niezdrowego.

Co zatem po tym zostało na dziś. Przepiękny jak dla mnie głos, przekonujący zarówno w rejestrach czysto anielskich, jak i w dołach, dość oryginalne podejście do harmonii wokalnych (zmasowane chórki, które przejmują rolę zazwyczaj wykonywaną przez instrumenty smyczkowe), no i masa pięknych piosenek, w których jest sama anielskość, mimo czasem dużego smutku - Mary, We Are Good, Your Company, Divine Timing, and many many more...

Mar, nie myślę już o Tobie każdego dnia ;) , ale wciąż jesteś dla mnie ważna, mniej więcej tak samo jak Lennon i McCartney. Cieszę się że to znormalniało i mam nadzieję, że kiedyś jednak zaśpiewamy na dwa głosy, jak nie tu, to Ówdzie. Love, ger.

We Are Good
_________________
znów się będą rozbierać
Miss Natura wybierać
 
 
Lodge 
pastoral rocker


Dołączył: 18 Sty 2011
Posty: 2602
Skąd: ęsowany
Wysłany: 2016-07-21, 10:08   

gero 40/40 - Justin Hayward

Pojawia się w tym cylku po raz trzeci - poprzednio jako część składowa Moody Blues i Blue Jays, a teraz niby jako solo - i zdaję sobie sprawę jakie to rozczarowujące... Ale parafrazując podstarzałego rockmana z "Love Actually" zwracającego się do swego manaGera w Święto, mogę powiedzieć, że jak przyjdzie co do czego, to moim ulubionym muzykiem jest [honoris pauza]... on.

Kiedy w liceum i na studiach nagrywałem kasety ze swoimi piosenkami, dla niedościgłych ukochanych, tak się złożyło, że na trzech z nich znalazły się tylko trzy covery - i wszystkie trzy (Songwriter, Lay It On Me, Raised On Love) pochodziły z solowych płyt Justina. Dodajmy płyt, które mnie drażnią natarczywymi żeńskimi chórkami, czasem manierycznością i w których tak naprawdę nie ma nic nowatorskiego, nieprzewidywalnego ani otwarcie ponadczasowego. A jednak znalazłem w nich coś nieodwracalnie mojego, co zrobić ;)

W zeszłym roku - dzięki uprzejmości Witka - poznałem w końcu jego płytę "Moving Mountains" z 1985, która jest dawno out of print i myślałem, że jej już nigdy nie doświaczczę. Pierwsze wrażenie było fatalne - przesolone smyczki nałożone na znienawidzony osiemdziesionowy sound... Ale po kilkunastu przesłuchaniach niektóre numery jednak zaczęły przedostawać się pod skórę i to w takie miejsca, których inni, wiadomo że lepsi, wykonawcy nie są w stanie dosięgnąć. Z jednej strony na pewno żena, a z drugiej bardzo mnie to cieszy, że po tylu latach wciąż nie potrafię rozgryźć najważniejszej rzeczy w tej inspirującej muzycznej maszynerii, jak to NAPRAWDĘ działa, że taki dźwięk wleci co do serca, a taki już nie. Po 40 latach wiem już na pewno, że nie jest to kwestia umiejętności technicznych, choć oczywiście bez nich też nie da rady - same emocje na wieki nie wystarczą. Takie to "little eternal things", mam nadzieję, że nigdy się nie dowiem.

Na poletku rozumowym bardzo dziękuję Justinowi Haywardowi, że w tym gąszczu spraw związanych z muzykowaniem na pierwszym miejscu - jak w tytule swojej pierwszej płyty solowej - zawsze stawiał SONGWRITING, czyli tak naprawdę dar z nieba. Przypomina mi się jego wypowiedź o tym, że pisanie piosenek jest dla niego przeżyciem "religijnym" - nagle na pustej kartce stwarza się coś czego wcześniej nie było. Po prawdzie, wolę wersję przedstawioną przez Budzego w 1998, że się te piosenki nie "stwarza", tylko "znajduje" (dopowiadałem sobie zawsze: "jak grzyby w lesie"), ale generalnie chodzi przecież o to samo, bycie zaproszonym do uczestnictwa w rajskich procesach kustoszowania w Edenie. Ja już wiem co będę robił po śmierci (pozdro Szustak) - pisał kolejne piosenki i może rajska wersja programu Audacity wprowadzi mnie pod jakimś drzewkiem na drugie miejsce po Antonym Filipsie?

No i jeszcze jedna ważna rzecz, którą przejąłem po moim starszym koledze ze Swindon. Bo stylistycznie oczywiście bliżej mi do pastoralnych Floyd, Beatlesów i disco polo (tak tu sprawdzam kto jeszcze czyta), a nie do Justina Haywarda, ale jeśli można mówić o jakiejś "duchowości piosenek", to tu widzę wielki wzór. Oddaję głos Tomaszowi Beksińskiemu: "Na szczęście, panowie Hayward i Lodge wciąż potrafią pisać teksty, które nawet na zdeterminowanej twarzy stojącego pod murem skazańca potrafią wywołać szczery uśmiech... nadziei?" O tak, sprawdziłem to na własnej skórze - nadzieja i tęsknota. Nie da się o nich opowiedzieć lepiej niż w muzyce, będziemy z Justinem dalej próbować.

Who Knows
_________________
znów się będą rozbierać
Miss Natura wybierać
 
 
Lodge 
pastoral rocker


Dołączył: 18 Sty 2011
Posty: 2602
Skąd: ęsowany
Wysłany: 2016-07-21, 22:47   

gero 40/40 - FEJZBUKOWE POTSUMOWANIE + TABELA

Dobiegł końca cykl, którego pisanie sprawiło mi wielką przyjemność, mam nadzieję, że niewiele większą niż tego odczytywanie. Od razu zauważyłem niby oczywistą rzecz - lajki dostawały się wpisom raczej na podstawie tego kogo co lubi, a nie tego co bym ewentualnie napisał. Oczywiście nie mam o to pretensji i tak naprawdę nie mogłem się doczekać kiedy cykl się skończy i będę moog, że tak powiem, panowie podliczyć głosy.

Wiemy jak działa Fejzbuk i te wyniki nie mają żadnego znaczenia statystycznego - tym bardziej są cenne :) A zatem:

1. Armia (28 lajków)
2-3. Beatles + Floyd (24)
4-5. Tomasz Budzyński + Skaldowie (20)
6-7. Moody Blues + Pj Harvey (18)
8. Acid Drinkers (17)
9. Markéta Irglová (16)
10-11. John Lennon + Fleetwood Mac (15)
12-13. Jethro Tull + Doors (13)
14-15. Clannad + Kinks (12)
16-21. ELO + Yes + Genesis + radiohead + Bee Gees + Justin Hayward (11)
22-25. The Cure + Moya Brennan + Nick Drake + Czerwone Gitary
26-30. blur + Byrds + Paul McCartney + Simon & Garfunkel + Stare Dobre Małżeństwo (9)
31-32. Crosby, Stills, Nash & Young + Anthony Phillips (8)
33-36. Hollies + Move + Herman's Hermits + Searchers (7)
37-38. Blue Jays + Supergrass (6)
39-40. Grzegorz Turnau + Blossom Toes (3)

Ciekawe wyniki, hę? Lennon miażdży McCartneya, Turnau dostaje baty, ale już SDM nie, a słoneczna szeździesiona gładko po 7 głosów. Niespodziewanie słabo zapunktowali Simon & Garfunkel, z kolei brawa dla Markéty.

Dziękuję wszystkim, którzy przeczytali choćby jednego posta z cyklu lub oddali choćby jeden głos w tej bądź co bądź mało ważnej celebracji. Specjalne podziękowania dla tych, którzy nie bali się czytać wszystkiego, zwłaszcza dla Pilota, Gravi'ego, Basi i Witka.

Cześć, dzięki!

PS. Gdzieś się musiałem walnąć, bo o Armii pisałem dwa razy, a zatem w tabeli powinło znaleźć się 39 wykonawców. Najprawdopodobniej do czterdziestki weszło 41 podmiotów, cały ja
_________________
znów się będą rozbierać
Miss Natura wybierać
 
 
Stój, Halina!
Wall-R'Us


Dołączył: 08 Cze 2011
Posty: 637
Wysłany: 2016-07-23, 00:36   

Dzięki za cały cykl, Ger! Za pastoralnych Floyd, Beatlesów i disco polo!

Mam nadzieję na kolejne wpisy tego rodzaju i kolejne opowięści na blogu
_________________
When in doubt, relax, turn off your mind, float downstream.

GREETZ FOR THE CROAK'ERS!

 
 
Lodge 
pastoral rocker


Dołączył: 18 Sty 2011
Posty: 2602
Skąd: ęsowany
Wysłany: 2016-07-23, 07:58   

dzięki, przemyśliwam co by tu dalej pchnąć :)
_________________
znów się będą rozbierać
Miss Natura wybierać
 
 
Crazy


Dołączył: 14 Lut 2011
Posty: 1721
Wysłany: 2016-07-23, 17:08   

Cytat:
Mam plan na te wakacje, zeby potem przeczytac od nowa wszystkie 40 i posluchac wszystkich linkow. Chocby taki live Village Green!
A potem zrobic z nich liste, hu hu!

Com obiecał, obiecałem - ale potem podoba mi się myśl, że i ja bym zrobił jakieś 40/40, skoro przecież też zaraz kończę. Może to samo, co Ger, może inne, może w ogóle pójdzie to jakoś seryjnie?
 
 
Witt
arcy


Dołączył: 20 Sty 2011
Posty: 1630
Skąd: śąę
Wysłany: 2016-07-23, 18:19   

Też rozważałem pójście tą drogą, bo to fajne - ale jeszcze się zobaczy. Na razie zacząłem wypisywać wykonawców i stwierdziłem, że 40 to jednak trochę mało. Może trzeba zaczekać do pięćdziesiątki?
_________________
Słowianie na mchu jadali
 
 
geming
złe nagłośnienie


Dołączył: 18 Sty 2011
Posty: 270
Skąd: spod puszki
Wysłany: 2016-07-24, 21:14   

W sensie, że mało napisać 40 razy Jimi Hendrix Experience?
Zgadzam się! Ale nie ma co czekać!
_________________
Zapraszam:

http://wmigthegig.com/
 
 
Crazy


Dołączył: 14 Lut 2011
Posty: 1721
Wysłany: 2016-07-28, 22:13   

Witt napisał/a:
stwierdziłem, że 40 to jednak trochę mało

no ale widziałeś, Ger wybrnął: zrobił specjalne pozdrowienia dla kilkunastu innych wykonawców i problem z głowy!
 
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  

Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group